Spis moli
RSS
piątek, 19 sierpnia 2011
21. The Hangover

Jak ten czas leci... Do zrecenzowania mam już Faulknera, Mary Roach i minimum dwa filmy, a czasu brak...

No właśnie: brak czasu i zmęczenie powodują nieprzezwyciężoną wręcz chęć sięgnięcia po coś prostego i niewymagającego wysiłku intelektualnego, ale jednocześnie głupio-śmiesznego. Czy Hangover, znany jako Kac Vegas, podołał zadaniu? Według mnie: tak, choć mogło być lepiej.

Jak zapewne większość kojarzy KasVegas opowiada o czwórce przyjaciół, którzy jadą do Las Vegas na wieczór panieński jednego z nich. Dzień po przybyciu budzą się w swoim pokojowym hotelu, ale nie pamiętają nic z tego, co robili w nocy. Musieli zaś robić całkiem sporo, bo w łazience śpi tygrys, a pod drzwiami ktoś zostawił dziecko. Na dodatek nigdzie nie ma pana młodego, który za 24 godziny ma stanąć przed ołtarzem.

Uwielbiam filmy tak absurdalne, że aż głupie. Właściwie to dzięki mojemu Tacie wychowywałam się na Monty Pythonie i Melu Brooksie. Po świetnych recenzjach, głównie od znajomych, miałam nadzieję, że Hangover to podobny typ humoru. Okazało się, że prawie podobny. Są absurdy i naprawdę śmieszne momenty (epizod z Mike'iem Tysonem jest genialny, a Phil Colins już na zawsze będzie mi się kojarzył z boksem), ale jest też humor lekko przyciężkawy, na całe szczęście nie sedesowo-kloaczny, bo tego nie znoszę. Jestem doskonale świadoma, że ciężko jest dorównać Melowi Brooksowi w wymyślaniu kolejnych gagów i bzdur, aczkolwiek nie jest to zadanie niewykonalne. Pomysł scenarzystów był naprawdę świeży i ciekawy, widać jednak, jak pod koniec zabrakło ciekawych konceptów.

A kilka dni po obejrzeniu amerykańskiej wersji usłyszałam o planach kręcenia polskiego odpowiednika. Z Borysem Szycem, Tomkiem Karolakiem... Ciekawe, kiedy polscy scenarzyści wymyślą coś własnego i oryginalnego, do produkcji czego NIE zatrudnią Szyca, Karolaka, Adamczyka, Pazury, Sthura i Milowicza. Osobiście nic do tych aktorów nie mam, a niektórych nawet bardzo lubię, ale, litości, ile można ich oglądać w kolejnych, "genialnych" komediach? Czekam na nowe polskie "Pół żartem"...

Tagi: obejrzano
11:26, przeczytano
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2011
20. Across the Universe

Film w reżyserii Julii Taymor, pani od Fridy :)

Film podsunęła mi Siostra, obie jesteśmy wielkimi fankami Beatelsów. Na początku byłam nastawiona bardzo na nie. Bałam się, że piosenki zostaną "położone" przez młodych aktorów, przekombinowane, a na dodatek kolejny film o Wietnamie i hipisach wydawał mi się kotletem odgrzewanym porazniewiadomoktóry. The Beatles śpiewają idealnie, nie ma co poprawiać ideału, bo można go tylko schrzanić. Spotkała mnie jednak miła niespodzianka: film uważam za rewelacyjny, piosenki w nowych aranżacjach brzmią bardzo udanie, jest kilka ciekawych scen, kilka interesujących epizodów, a całość ogląda się bardzo dobrze.

Ciężko będzie mi uniknąć porównań z Mamma Mią, ale o tym za chwilę. Na razie na szybko nakreślę akcję, część, jak to w musicalach, nie najważniejszą. Liverpoolczyk Jude (Jim Sturgess) pragnie odnaleźć swego ojca, Amerykanina, którego nigdy nawet nie poznał. Okazuje się, że ojciec, w opowieściach matki harvardzki wykładowca, w rzeczywistości jest harvardzkim, ale woźnym. Na dodatek nie za bardzo ma ochotę na utrzymywanie kontaktu z "nowym" synem. Jude poznaje jednak swego rówieśnika, Maxa, oraz jego siostrę, Lucy. Razem jadą do Nowego Jorku. Trwają szalone lata 60, pokojowe demonstracje przeciwników wojny w Wietnamie, czasy hipisów, miłości... Beztroskę mąci jednak fakt powołania Maxa do wojska i wysłanie go do Wietnamu.

A nie mówiłam, że tematyka ograna? Co z tego, skoro film ogląda się dla Fantastycznej Czwórki Z Liverpoolu i ich muzyki! To pierwszy atut Across the Universe, wielkie, nieśmiertelne przeboje. Drugi to genialne epizody Joe Cookera (i to wcale nie w piosence With a little help from my friends!), Bono (I'm a Walrus w jego wykonaniu-miodzio!) czy Salmy Hayek. A na dodatek, żeby jeszcze trochę przyprawić tego odgrzewanego kotleta, Julia Taymor postawiła na kilka bardzo fajnych, metaforycznych scen: truskawki-bomby, badanie w komisji wojskowej, psychodelia i narkotykowy odlot, szara, brytyjska codzienność vs. kolorowa, hipisowska Ameryka. Tak, jest tu trochę kiczu, ale pamiętajmy, że to musical. W jego konwencję wpisane jest puszczanie oka do widza, a nawet, niech będzie, odrobina tandety.

Wiadomo, że wszystkich piosenek The Beatles nie da się wrzucić w jeden film (ba, ciężko je nawet policzyć!), więc dialogi często nawiązują do tytułów znanych przebojów, jak np When I'm 64 lub She came in through the bathroom window. Można z beatlesowo zakręconymi znajomymi bawić się w liczenie aluzji do tytułów :) Rozszyfrowanie imion głównych bohaterów też jest banalne: Jude z Hey, Jude, Lucy z Lucy in the sky with diamonds, Maxa obstawiam z Maxwell's silver hammer.

Podoba mi się także niecodzienne wykorzystanie kilku piosenek: I want you, Oh, Darling!, a nawet przerobienie na balladę I wanna hold your hand. Miło spojrzeć na ograne przeboje z nowej, świeżej perspektywy.

Film nawiązuje też do innych ikon epoki hipisów: Sadie i JoJo są ewidentnie wystylizowani na Joplin i Hendrixa. I co ja mogę poradzić na to, że uwielbiam taką zabawę z widzem? Że uwielbiam drugie dna? :)

Aha, miało być jeszcze o Mamma Mia. Oba filmy weszły na ekrany w niewielkim odstępie czasu, Across the Universe nieco wcześniej. Dwa mocne musicale, z całkiem niezłą obsadą (ok, Mamma Mia miała bardziej znaną), z piosenkami-legendami. A ogromny sukces odniósł tylko jeden z nich. Szkoda. Łatwiej promować lekkie komedie romantyczne, ale AtU ma, moim skromnym zdaniem, ogromny potencjał. Cięższe tematy okołowojenne zostały tu i tak potraktowane raczej łagodnie, film kończy się ogólną sielanką i przesłaniem Love is all you need, mam więc wrażenie, że sukces Mamma Mia zawdzięcza w ogromnej mierze fenomenalnej obsadzie i niesamowitej maszynie promującej... Czyli jak zawsze chodzi o pieniądze.

A na koniec, żeby narobić smaczka, nieoficjalny trailer AtU. Brytyjski akcent Sturgessa przyprawia mnie o miękkie kolana ;)

 

Ps. Pozdrawiam krytyków filwebu dla których The Beatles to tylko prostestsongi z lat 60. Postuluję o zapoznanie się z twórczością zespołu, a następnie pisanie recenzji. Kolejność odwrotna skutkuje spłodzeniem bzdur na stronie serwisu ;)

Tagi: obejrzano
23:30, przeczytano
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 lipca 2011
19. Bitter Moon

Film znany pod polskim tytułem: Gorzkie gody. Reżyserował sam mistrz (ostatnio na cenzurowanym) Polański.

Początek świetnie znany: małżeństwo z siedmioletnim stażem, Nigel i Fiona, pragnące wprowadzić nieco życia w swój związek, płynie statkiem do Indii. W czasie rejsu poznają drugie małżeństwo: sparaliżowanego pisarza i jego piękną żonę Mimi (Emanullle Seigner: nie jest klasyczną pięknością, ale ma w sobie coś takiego, że dreszcz erotyzmu pełznie po plecach do lędźwi). Pisarz czyni Nigela swoim powiernikiem i opowiada o burzliwym związku z żoną. Za wysłuchanie historii obiecuje Nigelowi noc z Mimi: sam i tak nie może wypełnić obowiązków małżeńskich z powodu paraliżu od pasa w dół.

Nigel historii wysłuchuje, a my razem z nim. Straszna to opowieść o władzy, chorej miłości, sadyzmie, zemście. A czy na końcu spotka Nigela obiecana nagroda? Kto wie, ten niech ma satysfakcję i czyta dalej, a kto jeszcze nie oglądał, niech koniecznie zobaczy i nie zepsuje sobie przyjemności dalszą lekturą notki. 

Otóż jak wiemy Nigel nagrody nie dostanie. Trofeum, czyli noc z Mimi, przypadnie jego żonie, Fionie. Piękny koniec z pięknym, erotycznym tańcem dwóch kobiet. I jakże obrzydliwa, patriarchalna postawa Nigela: jest wściekle zazdrosny o żonę, o kochankę, o to, że kobiety dopiekły mu, że to żona zdradziła JEGO, a nie ON żonę. Ciekawe też, czego w seksie z Mimi szukała Fiona. Zemsty? Zainteresowania ze strony męża? Można pokusić się o stwierdzenie, że Mimi z mężem starannie przygotowała całą zabawę, której celem było ostatecznie uwiedzenie właśnie Fiony, a nie nudnego pracownika banku, Nigela (chociażby grał go sam Hugh Grant ;). Może wiedziała, że tej nocy zginie, a uwiedzenie kobiety było jej ostatnią erotyczną fantazją? Polański zostawia nas z zagadką: czego chcą kobiety. Czyli zagadką bez rozwiązania...

Tagi: obejrzano
15:06, przeczytano
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lipca 2011
18. Solaris

Nadrabiam książkowe zaległości (wreszcie mam na to czas!) i co rusz dziwię się: Boże, czemu do tej pory TEGO nie przeczytałam? Dziwiłam się z Remarque'iem, dziwię się i z Lemem. Jak to możliwe, że do tej pory nie przeczytałam Solaris? Nie wiem, ale to był błąd.

Jak wiadomo, dzieło Lema opowiada o planecie Solaris, na której nie znajduje się nic poza ogromnym, plazmowym oceanem. Staje się on obiektem różnych badań, etycznych i nieetycznych, narratorem w powieści jest zaś Kris Kelvin, psycholog i solarysta, który dopiero co wylądował na planecie i spotyka tam zupełnie co innego, niż spodziewał się spotkać...

Co jest w powieści Lema najważniejsze? Planeta? Ocean? Nauka? Opisy, którymi bawi się autor, wymyślając to fizyczne teorie, to nazwiska znanych solarystów, to opisując niewytłumaczalne zjawiska? Może i tak. Dla mnie najważniejszy jest aspekt filozoficzny Solaris. Pytania, które stawia Lem, a na które do tej pory, mimo iż upłynęło pół wieku, a nauka niewyobrażalnie wręcz ruszyła do przodu, nie ma odpowiedzi. Czym jest życie? Czym jest bóg? Czym jest miłość? Kogo kochamy: osobę, czy nasze wyobrażenie o niej? Czy powinniśmy bać się własnych fantazji? Na te pytania Lem nie daje odpowiedzi, bo nie da się raz na zawsze, obiektywnie na nie odpowiedzieć.

Przy okazji trafiłam na stary (no, nie tak bardzo, z 2004 roku) felieton Wojciecha Orlińskiego o Solaris. Stawia Orliński tezę, jakoby opowieść Kelvina była jedynie snem bądź rojeniem szaleńca. Nie zgadzam się z tą interpretacją: za dużo tu szczegółów, za dużo prawdziwych uczuć jak na sen. Łatwo coś nie do końca zrozumiałego sprowadzić do poziomu rojenia. Trudniej się nad tym zadumać.

Solaris - kolejna pozycja na liście lektur obowiązkowych!!

12:11, przeczytano
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 lipca 2011
17. Na Zachodzie bez zmian

Nie lubię filmów ani książek wojennych, nie lubię w ogóle wojska, nie bawi mnie to, no po prostu: cała w tej kwestii jestem na nie. I pewnie dlatego tak długo zwlekałam z Na Zachodzie bez zmian. Bo tak naprawdę nie wiedziałam nic więcej poza tym, że to książka o wojnie. I nie wiedziałam, że to wielka pochwała pacyfizmu. Wielka i piękna.

Jaki styl pisania ma Remarque? Ot, zwykła relacja: stoimy w kolejce po śniadanie, dostajemy chleb i fasolę, ze 150 chłopa została nas połowa, biegniemy do okopu, robimy siku, strzelamy... Styl chłodny, reporterski, obiektywny. A za tym stylem rozgrywa się dramat dwudziestoletnich niemieckich chłopców (mówcie co chcecie, to nie są mężczyźni, to chłopcy), którzy niemalże siłą zostali wcieleni do wojska. Nie rozumieją, przeciw czemu walczą, w dwudziestoletnich chłopcach po drugiej stronie barykady nie widzą wroga, prześpią się z Francuzkami pomimo ostrzeżeń dorosłych, że to złe kobiety i tylko czasem wieczorami liczą kto z ich klasy jeszcze żyje, a kto już nie.

Pewnie powstało wiele filmów i książek tak właśnie, bezpłciowo i chłodno, opisujących wojnę, ale Remarque był jednym z pierwszych. Nie użalał się nad losem biednych uczniów, nie słodził, nie podniecał się wojenną machinerią. Opisał to, czego sam doświadczył. Nie jest to miłe ani przyjemne, ale, hej!, wojna jest okrutna! To przesłanie autor chciał nam przekazać i, tak, udało mu się wybitnie. Pokazał też, że ofiarami nie są ci, którzy ją wywołują: władcy, wyższe dowódctwo, politycy. Ofiarami stają się zwykli ludzie, którzy wbrew swej woli zostali najpierw wyselekcjonowani, następnie wysłani na front, a na koniec wyprani ze wszystkiego niemalże, co stanowi o ich człowieczeństwie. Z emocji. Strachu. Wstydu.

Tyle mogę napisać, więcej o Remarqe'u powiedzieć się nie da nie popadając przy tym w patos. Ewentualnie jeszcze: Na Zachodzie bez zmian przeczytać trzeba.

22:31, przeczytano
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 czerwca 2011
16. Czy pani mieszka sama?

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec. Maria i Magdalena. Siostry instytucje. Poezję Marii uwielbiam, prozę Magdaleny chciałabym odkryć. Pierwsze spotkanie z tą prozą wspominam miło i ciepło.

Pytanie: Czy pani mieszka sama? pada na początku lat 50 w Warszawie. Do stolicy zjeżdżają się ludzie ze wszystkich zakątków kraju, bo w Warszawie toczy się życie, a reszta Polski... Reszta to prowincja. Natłok nowych warszawiaków generuje ogromne problemy mieszkaniowe: mieszkanie z przydziału to marzenie ściętej głowy, mieszkanie do wynajęcia to praktycznie niemożliwość, pozostają więc pokoje do wynajęcia i mały problem. Mianowicie większość tych pokoi wynająć może jedynie mężczyzna. Czemu? Jak uzasadniają potencjalne gospodynie: bo mężczyzna się nie chlapie, nie pierze, nie zajmuje łazienki. I jeszcze kwestia, o której gospodynie nie wspominają, ale która jest kluczowa: po wojnie mężczyzn jak na lekarstwo, a trzeba córkę wydać za mąż...

Główna bohaterka powieści-dziennikarka Xenia-postanawia posunąć się do podstępu. Wykorzystuje swoją oryginalną urodę i budowę ciała i podaje się za mężczyznę, którego legitymację przypadkowo znalazła na ulicy-Hektora Kasprowego.

Czym skończą się perypetie Xeni-Hektora, przewidzieć nadzwyczaj łatwo. Nie o zakończenie jednak autorce chodzi, a o całą resztę wspaniałej historii. Bogactwo wątków mocno mnie zaskoczyło: mamy więc homoseksualnego adoratora Xeni-Hektora, mamy pozamałżeńskie romanse, mamy niewesołe rozwody, mamy feminizm i wyzwolone kobiety... A to wszystko pisane w latach 60! Nie twierdzę, że kiedyś nie było homoseksualizmu i romansów, bez przesady. Ale nie pisało się o tym tak otwarcie, często zwyczajnie nie pozwalały na to władze. Samozwaniec natomiast odważyła się na poruszenie tych tematów, pokazując jednocześnie gdzie ma normy i konwenanse.

Czy pani mieszka sama? to piękna, lekka, wesoła powieść na lato. Polecam.

12:56, przeczytano
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 czerwca 2011
15. Niebłahe igraszki vs För Lydia

Z pewną dozą nieśmiałości proponuję dziś książkę nieprzetłumaczoną na język polski, a na dodatek w języku o wiele mniej popularnym niż język angielski. Proponuję także pozycję jak najbardziej po polsku dostępną, więc mam nadzieję, że grzechy zostaną odpuszczone :)

Niebłahe igraszki to dzieło autora znanego z tej notki, Hjalmara Söderberga. Prosta opowieść o niespełnionej miłości dwojga ludzi, którzy choć wciąż się spotykają, to spotkać się na stałe i iść wspólnie nie potrafią. Główny bohater Arvid jest zakochany w swej znajomej Lydii i to z wzajemnością. Splot nieszczęśliwych wydarzeń sprawia, iż nie mogą się pobrać, za to Lydia zostaje żoną sporo starszego od niej przyjaciela ojca-Markusa. Na kilka lat Arvid traci swą wybrankę z oczu, żeni się, choć nie chce, z dość zamożną panną Dagmar. Ślub rodzi dość nieprzyjemne dla Arvida plotki: ożenił się dla pieniędzy. W rzeczywistości jednak to Dagmar nalegała na legalizację ich romansu, w wieku 26 lat czuła się już starą panną, a aby dopiąć swego użyła małego podstępu... Lydia tymczasem mieszka z Markusem, rodzi córkę, ale jej małżeństwo nie jest szczęśliwe. Decyduje się na rozwód. Wtedy też spotyka na swej drodze Arvida, a ich miłość rozkwita na nowo. Jak nietrudno się domyśleć, nie oznacza to, że od tej pory będą razem...

Historia opowiedziana na początku XX z perspektywy mężczyzny, który zwodzony jest przez kobietę, zainspirowała pół wieku później początkującą pisarkę: Gun-Britt Sundström. Jako że był to okres drugiej fali feminizmu, rewolucji seksualnej, a w Szwecji bardzo poważnej rewolucji mentalnej, dotyczącej roli kobiet w społeczeństwie, domyślać się można, iż För Lydia to ta sama opowieść pisana oczami kobiety (zmienił się tylko czas: u Sundström wydarzenia rozgrywają się głównie w latach '60), z ostrym zacięciem feministycznym. Taka polemika, na poziomie, z przeanalizowaniem kobiecej psychiki, bardzo mi się podoba. Söderberg z uporem maniaka przedstawia kobiety jako źródło wszelkiego zła, zakłamane manipulatorki, dybające na bogatych mężów i jurnych kochanków. Sundström nawet nie próbuje walczyć z nim na argumenty, polemizować. Nie musi. Pisząc kobiecą wersję jest o wiele bardziej wiarygodna niż Söderberg ze Strindbergiem razem wzięci. Nie usprawiedliwia Lydii, nie robi z niej ofiary. Uczciwie, choć nie wprost, pisze, że kobiety mają popęd seksualny, że nie zawsze chcą opieki nad dzieckiem, że też chcą poużywać życia. Dzisiaj są to oczywistości, ale w latach '70 odwagą było głosić takie poglądy. 

Niebłahe igraszki polecam w ramach ciekawostki, dla miłośników prozy skandynawskiej. Daleko tej powieści do niepokojącego Doktora Glasa. Ale jeśli ktoś posługuje się choć w małym stopniu językiem szwedzkim, polecam obie lektury. För Lydia jest napisana prosto, więc nawet początkującym nie powinna sprawić problemu. A porównanie obu książek wypada niezwykle ciekawie.

23:28, przeczytano
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 czerwca 2011
14. Piaf

Tak bardzo chciałabym często chodzić do teatru, ale niestety to rozrywka nie na moją kieszeń. Żałuję, bo w moim mieście mam dwa genialne teatry, w tym słynny Teatr Muzyczny, w którym właśnie zakończył się Festiwal Filmów Fabularnych :) Drugi, Teatr Miejski, jest skromniejszy, ale przedstawienia ma równie udane. O jednym z nich chciałabym napisać. Jak już zdradziłam w tytule to Piaf według scenariusz Pam Gems w reżyserii Jana Szurmieja. Piaf wystawiana jest już szósty rok, a grająca główną rolę Dorota Lulka stała się lokalną gwiazdą. Jak przekonałam się w niedzielę-status gwiazdy w pełni zasłużony.

Przy wystawianiu biografii artysty łatwo iść na łatwiznę: popaść w schematy, wyłuskać najważniejsze, czy najbardziej kontrowersyjne fakty, przedstawić je w sekwencji chronologicznej... Jeśli mamy do czynienia z biografią tak bogatą, jak u Edith Piaf, schematy te są dla scenarzysty jeszcze bardziej kuszące. Na szczęście udało się Pam Gems uniknąć banału i byle jakości. Ważne czy doniosłe wydarzenia przedstawiono symbolicznie, skupiono się natomiast na pokazaniu charakteru Piaf: zadziornej dziewczyny, nieumiejącej się ustatkować piosenkarki, starszej, zgorzkniałej kobiety uzależnionej od alkoholu i morfiny. Dlatego też sztuka była przejmująca i poruszająca, ale łatwiejsza w odbiorze.

Dorota Lulka jest do roli Edith stworzona. Nie mówię tylko o głosie, który, jak wiadomo każdemu, kto choć raz miał okazję słyszeć Milorda lub Je ne regrete rien, jest praktycznie nie do podrobienia. Lulka ma to enigmatyczne COŚ, energię, a wręcz, cytując jedną z byłych posłanek, ogniki ;) w oczach. Tak musiała zachowywać się wychowana na ulicy Edith. 

Zwróciłam uwagę na dobry przekład piosenek: aż miło ich słuchać. Niektóre zdają się być stylizowane na francuskie szeleszczenie, co bardzo mi się podobało.

Nie dziwię się, że po sześciu latach i ponad stu dwudziestu pokazach widzowie zgotowali aktorom owacje na stojąco. Oklaski były w pełni zasłużone, a ja podczas wizyty w Gdyni polecam nie tylko Teatr Muzyczny (ponoć Grease wcale na kolana nie powala, ale sprawdzę), ale też mniej doceniany Teatr Miejski. Nie pożałujecie.  

Tagi: obejrzano
14:59, przeczytano
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 czerwca 2011
13. Nic osobistego

Tak jak obiecałam: kolejny thriller kupiony w taniej książce. I muszę przyznać, że chyba udało mi się trafić-książka autorstwa Jasona Starra jest naprawdę całkiem niezła.

Bohaterów powieści jest czterech: dwa zaprzyjaźnione małżeństwa. Małżeństwo DePino przeżywa kryzys finansowy spowodowany uzależnieniem pana domu, Joeya, od hazardu. Joey już sam nie wie, ile i komu jest winny, bierze ogromne pożyczki, rzadko wygrywa, a to co wygra i tak przepuści... Jego małżonka Maureen ma dość tego życia, marzy o dziecku, o większym mieszkaniu niż wynajmowana klitka na Brooklynie. Z problemów zwierza się przyjaciółce Leslie Sussman. Według Maureen Leslie ma wszystko: wspaniałego, przystojnego męża, piękny dom, śliczną córeczkę, idealną figurę. Oczywiście wszystko to przykrywka: mąż Leslie, David, to kobieciarz miewający na dodatek ataki paniki, dbanie o dom jest dla niej substytutem życia zawodowego, którego nie posiada, córeczka wkrótce popadnie w kłopoty, a na dodatek Leslie zmaga się z bulimią i anoreksją...

Strasznie chciałabym napisać, jak wszystko się skończy, ale polecam przeczytać książkę, jest naprawdę interesująca i wciągająca. Postacie są realne i wyraziste. Nie znoszę książek ze sztucznymi, nadmuchanymi i papierowymi postaciami. Zakończenie nie przynosi spodziewanej ulgi, tak naprawdę bohaterowie zdają się chwilowo tylko odsunąć konsekwencje swoich czynów, które jednak powrócą wkrótce ze zdwojoną siłą. Uważam, że Nic osobistego to gotowy materiał na scenariusz filmowy, gorąco polecam.

12:49, przeczytano
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 czerwca 2011
12. Groteska

Punkty Tania książka są bardzo ciekawym miejscem. Z jednej strony je uwielbiam, bo uwielbiam książki, z drugiej zaś nie umiem chyba w takich miejscach odpowiednio szukać i często trafiam na jakieś gnioty. Niektórzy mają problemz ciucholandami: widzą w nich same nienadające się do noszenia szmatki lub przyzwoite ubrania w zawyżonych cenach. Moja reakcja na tanie książki jest porównywalna, aczkolwiek najczęściej wychodzę z takiej pseudoksięgarni z jakimś czytadłem do pociągu czy autobusu.

Ostatnio zakupiłam w Taniej książce dwa thrillery. Za jeden zaraz się zabiorę i pewnie będzie tematem kolejnej notki. Drugi przeczytałam i jak na produkt tanioksiążkowy oceniam go całkiem dobrze.

Groteskę napisał Patrick McGrath, pan odpowiedzialny między innymi za scenariusz filmu Azyl z Jodie Foster. Akcja rozgrywa się najprawdopodobniej w roku 1949. Narratorem i zarazem jedną z głównych postaci jest zgorzkniały hrabia Hugo Cole, który w wyniku wypadku zostaje przykuty do wózka, kompletnie sparaliżowany, a na dodatek uznany przez środowisko za niepełnosprawnego umysłowo (nie może mówić, uśmiechać się). Do wypadku przyczynił się kamerdyner Cole'a, Fledge, który następnie uwiódł żonę hrabiego i zadomowił się w jego dworku. Jak do tego doszło-zostawiam ewentualnym chętnym do przeczytania. Ja sama dużo nie zdradziłam, koniec historii poznajemy już na pierwszej stronie książki, nie ma więc elementu zaskoczenia czy niespodzianki, ale mimo to czyta się tę lekturę z przyjemnością. Pozostaje też pewien niedosyt: jak już wspomniałam wydarzenia relacjonuje z perspektywy czasu hrabia Cole, ale dużo tu jego przypuszczeń, opinii, a mniej faktów. Sprawia to, że historia nie jest do końca jasna, a dzięki temu staje się interesująca i intrygująca. 

Ciekawym elementem książki są wykreowane postacie. Właściwie każda, od hrabiego poczynając, na jego ogrodniku kończąc, jest odpychająca, antypatyczna, nieprzyjemna. Może i powinniśmy czuć współczucie dla śliniącego się i bezbronnego Cole'a, ale jakoś trudno wykrzesać z siebie choć odrobinę sympatii dla tego człowieka. On sam wypowiada się z pogardą o wszystkich i wszystkim. Jedyną sympatyczną postacią jest Cleo, córka Hugo. Niestety, ona kończy nie lepiej niż ojciec...

Czy polecam tę książkę? Ciężko powiedzieć. Była interesująca, autor potrafił wywołać w czytelniku wiele emocji: złość, obrzydzenie, współczucie. Z drugiej strony czytałam thrillery lepsze. Dlatego: nie odradzam, ale i jakoś szczególnie zachwalać nie będę.

11:13, przeczytano
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3